„Jeżeli nie my, to kto?”. Alicja Maria Klimaszewska o życiu, pracy i pasji

23 stycznia Pani Alicja Maria Klimaszewska obchodzi swoje 90. urodziny. Wybitna działaczka społeczna, przez lata prezes Społecznego Komitetu Opieki nad Starą Rossą w Wilnie, przez całe życie poświęcała się ratowaniu i pielęgnowaniu dziedzictwa polskiej społeczności na Wileńszczyźnie. Porozmawiałam z Panią Alicją o dzieciństwie, zawodzie i pracy społecznej.

Iwona Dudoit: Pani Alicjo, jak wyglądało pani dzieciństwo w dzisiejszych Żyrmunach?

Wcześniej to była Łosiówka – tutaj się urodziłam. Dziadkowie kupili kawałek ziemi i wybudowali własny domek. Przy domu było trochę ziemi, którą mama uprawiała – ogórki, pomidory, zielenina były z ogrodu, a nie ze sklepu.

A tuż obok były koszary, jakieś dwieście metrów stąd. Co więcej, budynki, które dziś widzimy przed oknami, też były koszarami, jeszcze sprzed wojny. Najpierw zajęli je Niemcy, potem Sowieci.

Czy obecność wojska była odczuwalna na co dzień?

Oczywiście. Bomby spadały co jakiś czas, bo bombardowano koszary. A my mieszkaliśmy w dzielnicy domków jednorodzinnych, więc bomby czasem spadały dosłownie na głowy. Nasi sąsiedzi zginęli – kiedy bomba uderzyła w ich dom, próbowali uciec, ale odłamki ich śmiertelnie zraniły. Ja z mamą chowałyśmy się w piwnicy.

Jaką dzielnicą była wówczas Łosiówka?

Dzielnica nie była wzorowa – było tu wielu złodziei. Ale obowiązywał pewien kodeks honorowy: swoich starano się nie okradać. A jeśli ktoś to robił, bywało, że inni go odnajdywali i zmuszali do oddania skradzionych rzeczy.

To musiało tworzyć specyficzną wspólnotę…

Tak. Ludność była bardzo mieszana. Przede wszystkim Polacy, trochę starowierców, a obok nas mieszkali Tatarzy. Byli naszymi przyjaciółmi, żyliśmy obok siebie normalnie, bez konfliktów.

A jak wyglądała pani edukacja w tamtych latach?

Ukończyłam szkołę numer pięć, dzisiejszą szkołę imienia Lelewela. Wtedy mieściła się jeszcze na Antokolu, w starym, przedwojennym gmachu. Później zaczęłam chodzić do gimnazjum przy Ostrobramskiej, które mieściło się w budynku niedaleko Filharmonii.

Jakie warunki panowały w szkole w czasie wojny?

Było bardzo zimno. Pamiętam, że pani woźna przynosiła nam gorącą wodę. Jeśli ktoś miał z domu kanapki albo herbatę, dzielił się z innymi. Potem przeniesiono nas z powrotem na Antokol, do starego budynku.

To były ciężkie czasy. Czasem przychodziło się do szkoły i nie spotykało swoich przyjaciół – bo wywieźli ich do Rosji na zsyłkę.

Dlaczego?

Wiele dzieci pochodziło z okolic Wilna. Jeśli ktoś z rodziców miał większą działkę, uznawano go za bogatego i dlatego wywożono. Szukano nie tylko tych, których zastano w domach, ale także dzieci, które przebywały wtedy w Wilnie.

Jakie wartości i zasady były obecne w pani rodzinie, które ukształtowały pani dalsze życie?

Wszystkie najważniejsze wartości otrzymałam przede wszystkim od mojej mamy, a ona z kolei od swojego ojca. Były to: patriotyzm, uczciwość i dobroć wobec ludzi. Wychowałam się w rodzinie, w której panował kult Józefa Piłsudskiego – w domu nazywano go „Dziadkiem Piłsudskim”.

Mama zdobyła swoje pierwsze radio i słuchała Radia Wolna Europa. Pamiętam, jak przykładała ucho do radia i zawsze wiedziała coś więcej niż inni. Gdy wyszło na jaw, że to Rosjanie, a nie Niemcy – jak wcześniej próbowano to przedstawiać – wymordowali Polaków, mama powiedziała prawdę. Jednocześnie bardzo prosiła, aby nikomu o tym nie mówić, bo nigdy nie można było być pewnym nawet własnych sąsiadów.

Co skłoniło Panią do wyboru zawodu nauczyciela i później filologii polskiej?

Mogłam tak naprawdę być nauczycielką matematyki, bo jeszcze w szkole potrafiłam podczas lekcji rozwiązać swoje zadanie i jeszcze koleżance przede mną (śmieje się). Ale już wtedy w szkole fizyki uczyła nas Rosjanka, a egzamin w Nowej Wilejce trzeba było zdawać po polsku. Bałam się, że nie będę znała terminów w innym języku, dlatego wybrałam filologię polską.

Pracowała Pani tylko w szkole?

Nie. Miałam trzy miejsca pracy. Na początku byłam polonistką w Technikum Rolniczym, które znajdowało się w Białej Wace nieopodal Pogir. Podróżowaliśmy ze studentami – mieliśmy podpisaną umowę z Bulduri (miasteczko na Łotwie), do Sankt Petersburgu (dawny Piotrogród).

Najzabawniej było, gdy uczniowie zobaczyli, że tam przy domkach niczego nie uprawiają – bardzo się temu dziwili. A Pani, która oprowadzała, śmiejąc się odpowiadała, że tutaj nic nie rośnie. Natomiast ja tłumaczyłam, że oni po prostu nie chcą tego robić, żyli już inaczej. Byli wychowywani tak, że wszystko otrzymają w sklepie. Nasze dzieci były bardziej wiejskie, ciągle zajmowały się żywiołami i ogrodem.

Później to była szkoła nr 19, teraźniejsza Syrokomlówka. Moja uczennica Hela Marcinkiewicz jest teraz dyrektorką tej szkoły. I wszystko było dobrze, ale nie mogłam pogodzić się z demagogią. Nie rozumiałam jak można opowiadać o tym pisarzu nie nawiązując do okresu, w którym żył. Ale tego przecież nie można było wspominać. I za to mnie wygnano ze szkoły. Ostatnim miejscem była księgarnia.

Dlaczego zmieniła pani kierunek?

Mama od maleństwa przynosiła do domu różne książeczki, pożyczała je. Potem dorosłam i chodziłam sama do księgarni „Przyjaźń”, gdzie bardzo dobrze znałam kierowniczkę panią Marię Rozowską. Gdy dowiedziała się o sytuacji w szkole, zaproponowała mi stanowisko kierowniczki w dziale polskim. Pracowałam tam do emerytury.

Skąd wzięła się Pani pasja do historii i opieki nad Rossą?

Pierwsze wspomnienia związane z Rossą sięgają mojego dzieciństwa. Mama zabierała mnie na cmentarz podczas świąt listopadowych. Stałyśmy wtedy na wzgórzu i patrzyłyśmy na setki zapalonych zniczy. Dla mnie wyglądało to jak całe miasto pełne świateł. Powiedziałam o tym mamie, a ona odpowiedziała: „Tak, to miasto – tylko zmarłych.” Te słowa bardzo mocno zapadły mi w pamięć.

Jak doszło do pierwszych działań na rzecz ratowania cmentarza?

W księgarni, w której pracowałam – jak się później okazało – odbywało się spotkanie z Jerzym Waldorffem. Był on prezesem Społecznego Komitetu Opieki nad Starymi Powązkami w Warszawie. Waldorff szukał „starych wilnian”, ponieważ bardzo podobał mu się nasz cmentarz i chciał zachęcić Polaków do objęcia go opieką.

Kto jeszcze odegrał ważną rolę w tych pierwszych kontaktach?

Ogromnie zaangażowany był Olgierd Korzeniecki – znakomity okulista, znany i szanowany zarówno przez Litwinów, jak i Polaków. To przez niego warszawiacy dotarli do nas. Olgierd znał mnie, Halinę Jotkiałło i Jerzego Surwiłę. Podczas rozmów Waldorff powiedział wprost, że mamy przepiękny cmentarz, który ginie na naszych oczach.

Odpowiedzieliśmy, że dzieje się tak, bo po prostu nie ma komu się nim opiekować. Wtedy Waldorff wypowiedział słowa, które stały się naszym mottem na długie lata: „Jeżeli nie wy, to kto?”

Czy to był moment przełomowy?

Tak. Od tego momentu zaczęła się nasza wspólna przygoda. Jerzy Waldorff zaprosił nas do Warszawy, abyśmy mogli zobaczyć, jak działa Społeczny Komitet Opieki nad Powązkami. Nie mieliśmy wtedy właściwie żadnych środków finansowych, ale otrzymaliśmy coś znacznie cenniejszego – wsparcie i zaufanie.

Pozwolił nam kwestować na Powązkach na rzecz Rossy. I tak przez 25 lat, każdej jesieni, zbieraliśmy tam fundusze na ratowanie naszego cmentarza.

Jak wyglądała współpraca konserwatorska?

Dzięki tej współpracy do Wilna zaczęli przyjeżdżać konserwatorzy z Polski. Poznaliśmy Adama Romana, kierownika działu konserwatorskiego Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Sam niewiele mógł zrobić, ale przysyłał do nas swoich najlepszych studentów.

Przez ponad 20 lat ci młodzi ludzie wkładali całe serce w odnawianie pomników na Rossie. Ich praca miała ogromne znaczenie dla ocalenia tego miejsca. W dodatku znali profesora z Akademii Sztuk Pięknych Eduardasa Budreikę, który włączył się w naszą pracę, np. wykonał projekt pomnika Antoniego Wiwulskiego. Robił to wszystko również społecznie. Poznaliśmy profesora litewskiego Leonasa Žuklysa, który też nie mało pomagał.

Bardzo pomagali nam członkowie Towarzystwa Przyjaciół Wilna i Ziemi Wileńskiej oraz Towarzystwa Przyjaciół Grodna i Wilna. Podczas kwest na Powązkach wilnianie stali przy Bramie św. Honoraty, a przedstawiciele towarzystw zbierali datki przy drugiej bramie.

Na Powązkach pieniądze ofiarowywali także artyści – i to bardzo znani. Do nas natomiast podchodzili starsi wilnianie, którzy kiedyś opuścili Wilno. Wspominali swoje ukochane miasto, wracali pamięcią do dawnych czasów. Rozmowy, które wtedy się toczyły, były niezwykle poruszające… Oni płakali i my płakaliśmy. (Pani Alicja wzrusza się)

Alicja Klimaszewska, fot. PAP/Leszek Szymański

Pani Alicjo, jak przyjmowała pani wiadomości o przyznaniu prestiżowych nagród i wyróżnień?

Otrzymywałam wyróżnienia od Polaków, ale największym zaskoczeniem była dla mnie nagroda przyznana przez Litwinów.

Które z nich mają dla pani szczególne znaczenie i dlaczego?

Największą nagrodą jest dla mnie statuetka św. Krzysztofa, która stoi u mnie na szafie. Otrzymałam ją od Samorządu Miasta Wilna za całokształt mojej trudnej pracy społecznej. To właśnie z tego wyróżnienia cieszę się najbardziej.

Równie ważne jest dla mnie to, że mogłam przekazać Komitet w ręce ludzi, którzy naprawdę chcą działać i robią to na tych samych zasadach co my – całkowicie społecznie.

Co najbardziej ceni pani w mieście, w którym spędziła pani całe życie?

Moi rodzice po wojnie go nie opuścili, a babcia zawsze powtarzała, że „starego drzewa się nie przesadza”, choć mama miała pozwolenie na wyjazd. Ja również miałam taką możliwość — w 1957 roku mogłam złożyć dokumenty na wyjazd. Cenię to, jak miasto się zmienia. Tu działałam, tu pracowałam i tutaj, w tej ziemi, chcę spocząć.

Co chciałaby pani przekazać młodszym pokoleniom, które dopiero zaczynają angażować się społecznie?

Chciałabym, aby młodzi ludzie dobrze zrozumieli i przemyśleli swoją tożsamość – kim są, skąd pochodzą i co oznacza bycie Polakiem tutaj, na Litwie. Aby ludzie zastanowili się, jaki obowiązek ma Polak na Litwie. 

(TVP Wilno / Ivona Dudoit)